Edward Guziakiewicz
Sonata księżycowa


P

o zmierzchu nieoczekiwanie chwycił mróz, a kałuże pokryły się cienką warstwą lodu, który trzeszczał i pękał pod stopami. Na ciemnym niebie widniał blady księżyc, uśmiechający się do ostatnich zziębniętych przechodniów. Krzysztof odprowadzał Sabinę do domu. Chłopak nie miał czapki, ale narzucił sobie na głowę kaptur, przytwierdzony do kołnierza obszernej zimowej kurtki. Wtulił nos w wełniany szal, a ręce ukrył w kieszeniach. Było mu ciepło i co rusz zerkał na dziewczynę, której zmarznięte policzki mocno się zaróżowiły. Odstawiona była szałowo, jednak stanowczo za lekko jak na tę porę roku. Nie przypuszczała, że może nadejść nagłe ochłodzenie, a przecież listopadowe wieczory bywały zdradliwe.

Lekko przygarbiony kroczył obok niej, czując, że powinien jej jakoś pomóc, mimo że o to nie prosiła. Laska trzęsła się z zimna i zęby omal jej nie szczękały. To sprawiało, że ciągle przyspieszała kroku, jakby chciała przed czymś uciec. A przecież w mroku nie czaiło się żadne niebezpieczeństwo. Nie był przygotowany na maraton i obawiał się, że dostanie przy niej zadyszki.

— Paskudny ziąb — rzucił. — Daje popalić. Chyba nie jest ci za ciepło w tym, co masz na sobie? — ostrożnie zagaił, ale było oczywiste, że rozmowa nie będzie się kleić.

Pociągnęła nosem. Dłonie usiłowała wepchnąć do przyciasnych kieszeni podszytej wiatrem bluzy, która nadawała się na randki w październikowe popołudnia. Ostatnio miała ją na sobie, kiedy wybrała się na łąki, aby zrywać wrzosy.

— Nie narzekam — dziarsko odrzekła, siląc się na dobry humor. Ten jednak ulotnił się bez śladu, gdy tylko wyszli z mieszkania Beaty i minęli róg posesji.

Siedemnastka była niczego sobie. Zeszło się grono znajomych, głównie ze szkoły. Przy magnetofonie tańczyli i słuchali muzyki, popijali wino i częstowali się słodyczami. Finał musiał jednak popsuć ten szczerzący kły naprzykrzony mróz. To była droga przez mękę. Wolała nie uzmysławiać sobie, jak wygląda, skrycie się ciesząc, że jest ciemno. Przy uliczce, którą się właśnie posuwali, z rzadka stały latarnie. Najchętniej pobiegłaby pędem na skróty między willami, wybierając sobie tylko znane ścieżki i przejścia, ale przy chłopaku nie wypadało. Wyszłaby na idiotkę. To nie był harcerski sprawdzian z nocnego marszu na azymut.

Wróciła myślami do mieszkania Beaty. Tamci nadal się bawili i nie przypuszczała, żeby impreza miała się skończyć przed północą. Otyły Robert przyjechał granatowym volvo, więc było jasne, że rozochocone bractwo po wszystkim porozwozi. Krzysiu nie miał jednak własnych czterech kółek. Niebiańsko się balowało, ale dokładnie o dwudziestej pierwszej — muzyka na chwilę umilkła i było słychać odbijające się echem dźwięki dzwonów z fary — musiała pożegnać urzekającą solenizantkę. Obiecała bowiem mamie, że wcześnie wróci. Krzysztof jej nie odstępował, zatańczył z nią ze trzy razy i razem z nią wyparował z mieszkania.

Beata była rozanielona, ukończyła siedemnaście lat, a zaproszeni goście czuli się u niej jak w uwitym gniazdeczku. Miała ekstra mebelki. W sukni jak z żurnala wyszła za Sabiną i chłopakiem aż na półpiętro. Zawsze zresztą wdechowo wyglądała, a faceci za nią się oglądali. Nie to, co ona — Sabina. Zadumała się nad pokracznym losem, zamieniającym jej życie w gehennę. Czuła się brzydkim kaczątkiem, które niechciane i odepchnięte marudnie ciągnie za ładniejszymi, silniejszymi i hałaśliwszymi. Niepowodzenia się kumulowały i teraz nagle przypadła jej jeszcze w udziale rola ubogiej dziewczynki z zapałkami. Była i tak w czepku urodzona, bo w odróżnieniu od tamtej nie chodziła boso. Zerknęła ukosem na Krzysia. Nie rozumiała, co chłopak w niej widzi. I dlaczego ten idiota nie został na prywatce, by pobawić się z ładniejszymi od niej laskami. Czyżby nie umiał wybierać? Bite dwie godziny przesiedziała przed lustrem w łazience, próbując zrobić się na bóstwo. Długo pudrowała nos. Wybrała najlepszą sukienkę, którą wcześniej trochę skróciła, korzystając z przybornika krawieckiego mamy. Do niej założyła cienkie czarne rajstopy i czarne lakierki. Nogi nawet nieźle się prezentowały, ale jej twarz była podejrzanie blada i bez wyrazu. Jak u wampira. Nie pomogły kolczyki ani kredka do warg.

— Ach, te smętne baśnie Andersena! — mruknęła z przygnębieniem, gdy jej kolega zatrzymał się na chwilę, by nałożyć kaptur, który zerwał mu z głowy poryw lodowatego wichru. Przystanęła i zacisnęła dłonie aż do bólu. Dlaczego była taką wariatką i z zacięciem utożsamiała się z życiowo przegranymi bohaterami? Wcale tego nie chciała. Minęli postój taksówek. Czekali tam mężczyzna w kożuchu i futrzanej czapie oraz kobieta w długim futrze z podniesionym kołnierzem. Ci to się dobrze mieli. Z drugiej strony ulicy zatrzymał się na przystanku miejski autobus, z którego wysypało się kilku pasażerów. Ciepłe oświetlone wnętrze przyciągało, ale przecież ani Sabina, ani Krzysiu nie zamierzali wsiadać. Ta idylla była nie dla nich. Skręcili w lewo, w wąską asfaltową uliczkę, między ciche parterowe domki z ogródkami. Tu tak mocno nie wiało.



S

abina zwolniła, gdy zza rogu wyjechał polonez, a chłopak wykorzystał ten moment. Szybko ściągnął z siebie wełniany szal i narzucił jej na szyję. Sięgał jej prawie do kolan. Chwilę się wzbraniała, potem jednak pozwoliła się nim opatulić. Następnie zdjął rękawiczki. Były za duże, ale za to ciepłe.

— No, lepiej? — zapytał, oceniając swe bezprzykładne dzieło.

— Lepiej — ulegle odpowiedziała. — Zwykle chłopacy raczej rozbierają dziewczyny niż je ubierają...

Roześmiał się, setnie ubawiony. Poprawił mu się nastrój. Poszli dalej, a księżyc, który schował się wcześniej za skłębione chmury, ukazał się znowu na czarnym niebie, widocznie zaciekawiony tym, co działo się poniżej.

Zaniepokoiła ją nagle troskliwość Krzysztofa. Przeszyła ją trwożna myśl, że następnego dnia w szkole z rechotem opowie kolegom, jak to musiał z wieczora niańczyć pewną niezgułę. A może wróci z powrotem do Beaty i upora się z tym od ręki?

— Zawsze jesteś taki uczynny? — niepewnie zapytała.

Spojrzał na nią, marszcząc brwi. Nie rozumiał, o co jej chodzi. Minę miał poważną i wcale nie wyglądał na kogoś, kto zamierza zabawiać się cudzym kosztem.

— No, wiesz, też pytanie? Wtedy kiedy trzeba.

Mijali ostatnie ciemne skrzyżowanie. Nie miała ochoty rozstawać się z chłopakiem. Przed nimi rysowała się uliczka, przy której rysował się jej dom. Nagle zmarkotniała i odrobinę zwolniła. Stanęła jej przed oczyma matka, która krytycznie oceniła jej zabiegi upiększające. Zajrzała kilka razy do łazienki, z powątpiewaniem kręcąc głową. Dobiegły ją z jej pokoju słowa nastrojowej ballady Bułata Okudżawy. „Pierwsza miłość z wiatrem gna, z niepokoju drży, druga miłość życie zna i z tej pierwszej drwi, a ta trzecia jak tchórz w drzwiach przekręca klucz i walizkę ma spakowaną już...”

Zatrzymali się przy żelaznej furtce. Rozgrzała się szybkim marszem i właściwie mogła uznać, że wyszła cało z tej katastrofy. Zwróciła chłopakowi szalik i rękawiczki. Nie podała mu jednak dłoni na pożegnanie, czując, że jest nadal lodowata. Ten jednak tym się nie przejął. Pewnie przyciągnął ją do siebie i złożył na jej zimnych jak u zmarłego wargach przelotny pocałunek na pożegnanie. Może dostrzegł utajony głód, który skrywały jej oczy?



W

biegła po schodach na ganek i szarpnęła drzwiami. Czekały otwarte. Pomachała mu na pożegnanie. „Pierwsza miłość z wiatrem gna...” — wróciły do niej raptem słowa ballady.

— Do jutra! — zawołała cichym, przytłumionym głosem, zwijając dłonie w trąbkę.

Przez zamglone szybki ganku śledziła go jeszcze dłuższą chwilę. Nie spiesząc się odchodził. Kopnął jakiś kamień. Owinął sobie szal z powrotem wokół szyi i zapiął kurtkę, zarzucając kaptur na głowę. Założył rękawiczki. Wreszcie rozpłynął się w mroku jak zjawa. Weszła cicho do przedpokoju, powiesiła bluzę na wieszaku i zdjęła lakierki. Rozmasowała zmarznięte stopy. Wdziała bambosze. Zatrzymała się przy otwartych drzwiach do kuchni. Wydawało się jej, że nikt postronny nie był świadkiem ich powrotu we dwoje z urodzinowej balangi u Beaty i że może zatem rzucić się na łóżko, zamknąć oczy, wydobyć z pamięci wszystkie kolejne sceny i w samotności przeżyć je jeszcze raz. Później jednak przyszedł jej na myśl księżyc, niemy świadek z czarnego nieba.

Odchyliła zasłonę i wyjrzała przez okno, spoglądając w górę. Był tam, drań, blady i okrągły, zagadkowo się uśmiechający, wszystko widzący i wszystko wiedzący. Przez krótką chwilę miała nieodparte wrażenie, że jej późny spacer z Krzysztofem osobiście zaplanował i wyreżyserował.

— Patronie zakochanych... — wyszeptała zbielałymi wargami. — Wcale nie potrzebuję twych rad ani twej pomocy. Obejdę się bez ciebie...

Kiedy jednak się umyła, usuwając makijaż, ubrała w koszulę nocną w ulubione kaczuszki i znalazła pod kołdrą, blady świecący krążek przygnał do niej jak bumerang. Nie była w stanie bez jego pomocy odtworzyć oczyma wyobraźni kolejnych zdarzeń tego wieczora — a zwłaszcza ich króciutkiego zaskakującego finału, którego się nie spodziewała.



1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

Wydanie drukowane

Edward Guziakiewicz, RANDKA i inne opowiadania

Edward Guziakiewicz
Wakacje w Izraelu

Akcja powieści toczy się w rozświetlonym słońcem Izraelu, niewielkim ale znanym kraju, położonym na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Z racji oryginalnego usytuowania geograficznego i burzliwej historii mieszają się w nim jak w tyglu różne narodowości, rasy, religie i kultury, a przeszłość rzuca zaskakujące wyzwania współczesności. Dla chrześcijan to przede wszystkim Ziemia święta, dla wielu innych — znakomity cel wypraw turystycznych i pociągające nadmorskie ośrodki wypoczynkowe.

więcej »



Edward Guziakiewicz
Szukanie Boga

Jest to dramat o tematyce religijnej, w którym brzmią echa opowieści o Abrahamie (Księga Rodzaju, rozdz. 18), przywoływanej w przepięknej pieśni liturgicznej we wspólnotach neokatechumenalnych. Bohaterami tego utworu są współczesne nastolatki. Dramat ukazał się drukiem w 1998 roku. W Internecie jest od kilku lat prezentowana nowa wersja tego utworu, oparta na slangu młodzieżowym.

więcej »