Edward Guziakiewicz
Recepta na sukces


Z

podwiniętymi nogami siedziała na perskim dywanie i medytowała nad tym, do czego w olśnieniu doszła przy ostatniej pełni, czując się Julią z utęsknieniem wyczekującą ukochanego na balkonie. Zakiełkowało jej w głowie, żeby chodzić z Sebastianem. Właściwie nosiła się z tą myślą już wcześniej, jednak dopiero owego niepokojącego wieczora, kiedy blady krążek księżyca zaglądał do sypialni, porywający pomysł skrystalizował się i nabrał barw. Sebastian był chłopcem jak z bajki i miał w sobie coś z udzielnego księcia. Świadomy tego, co sobą reprezentuje, niezależny i powściągliwy, spoglądał na wszystkich z góry. Kiedy z przyjaciółką Lizą zaczepiała go ze śmiechem na przerwach, czuła się hollywoodzką gwiazdą. Odnosiła wrażenie, że obsadzono nią główną rolę w głośnym romansie filmowym. Wprawdzie pamiętała, że chłopak ma nie odstępującą go dziewczynę, ale nie wydawało jej się to specjalną przeszkodą. Pokonywała takie lekko i z gracją. Pod względem urody górowała nad Aldoną, która była bezbarwną i nijaką brunetką, nie mającą pojęcia, jak się ubrać. Sama miała sto siedemdziesiąt trzy centymetry wzrostu, zgrabniutką sylwetkę, długie przepiękne blond włosy i niebieskie oczy. Nikt nie mógł wątpić, że zostanie wziętą modelką.

Podniosła się z dywanu, stanęła przed lustrem i włożyła nabytą przed kilkoma dniami szykowną sukienkę. Z uznaniem oceniła swój wygląd. Policzki miała śliczne i dbała o to, by nie przesadzać z makijażem. Nie używała rzucających się w oczy pudrów i szminek, cieni do powiek i tuszów do rzęs. Była tak ładna, że nie musiała poprawiać urody. Zaczesała szczotką włosy, mierząc klipsy i wybierając ze starej cepeliowskiej skrzyneczki bransoletę i broszkę. Zerknęła mimochodem na zegar, wiszący nad łóżkiem. Do umówionej godziny było jeszcze daleko, ale nie szkodziło wcześniej poddać się próbie generalnej. Wybierała się z Sebastianem na pierwszą randkę — i szykowała się do tego spotkania z lekkim biciem serca. Po kobiecemu czuła, że w pełni panuje nad rozwojem sytuacji. Była pewna, że jej się powiedzie i że bez trudu okręci go sobie wokół palca, a jakąkolwiek porażkę zdecydowanie wykluczała. Inne dziewczyny mogły sobie nie radzić w sprawach męsko-damskich, nie ona.



P

ozujący na znudzonego, czekał przed metalową bramką z rękami w kieszeniach. Ubrany był nieco nonszalancko, ale starannie. Wyglądał trochę lepiej niż w szkole, do której przychodził często w wytartych dżinsach, bawełnianych bluzach i obciągniętych swetrach. Do jedwabnej koszuli założył krawat. Jak mogła najdelikatniej cmoknęła go w policzek i niczym zmysłowa nimfa leśna musnęła go ciałem, rozsiewając zapach drogich perfum. Wyniośle ruszyła do przodu i skwapliwie za nią pociągnął. Była z siebie dumna. Bieg zdarzeń odpowiadał wypieszczonemu scenariuszowi, nad którym skrycie dumała kilka długich wieczorów. Nie przesądziła jeszcze o tym, czy zwiąże się z chłopakiem na stałe, czy też po pewnym czasie da sobie z nim spokój, ale idąc tanecznym krokiem przez park w świetle księżyca dochodziła do rozczulającego wniosku, że raczej pozostanie przy pierwszej opcji. Znakomicie by się prezentował jako jej mąż. A poza tym ślicznie razem wyglądaliby przy ołtarzu: on w garniturze prosto spod igły, ona w ślubnej sukni z długim trenem.

Przechadzkę po parku uznała za udaną, bowiem chłopak wyznał, że zerwał z Aldoną i że go z nią nic więcej już nie łączy. Przyjęła ten hołd jako w pełni należny. Z kim jak z kim, ale z nią tamta brzydula nie mogła się mierzyć. Cóż, była biedaczka skazana na przegraną i musiała się z tym pogodzić. W pół godziny później wylądowali w kinie i w czasie projekcji trzymali się za ręce. Sebastian miał ciepłe i mocne dłonie. Film należał do ciekawych, jednak Magdaleny nie zajmowała jego akcja. Nawet nie próbowała oczyma wyobraźni zajmować miejsca głównej odtwórczyni, co niekiedy czyniła. Główkowała nad sobą i poderwanym chłopakiem. Żadna z lasek, które przytelepały się na ten seans, nie miała ze sobą tak przystojnego partnera. W jej planach mieściły się jeszcze romantyczny powrót z kina i kończące randkę milutkie rozstanie. Księżyc świecił, zagadkowo uśmiechając się do zakochanych, a ukryty w krzewach słowik koncertował bez umiaru. Słodki zapach kwiatów wywoływał zawrót głowy.

Odprowadził ją przed dom, stanęli przy jej bramce, mieli się właśnie pożegnać — i z wdziękiem podała chłopakowi dłoń, by musnął ją wargami. Ten jednak raptem wyłamał się z roli, którą mu wyznaczyła. Obudził się w nim brutal, gwałtownie przyciągnął ją do siebie, ogarnął wpół, by bezczelnie skraść jej pocałunek. Kamera, stop, Boże, tego nie było w scenopisie! Poczuła na swych wargach jego usta i usiłowała się wyrwać, ale bez skutku. Drań był za silny, by mogła mu się oprzeć. Zrobił to z języczkiem! Wreszcie wściekła odepchnęła go od siebie, lecz chyba go przy tym mocno podrapała.

— Idź sobie! — krzyknęła.

Rozeszli się wkurzeni na siebie jak diabli i zagniewani. Nawet nie powiedział jej dobranoc.



N

astępnego dnia w budzie traktował ją z jawnym lekceważeniem. Minął ją ze dwa razy, ale złośliwie udał, że jej nie dostrzegł, jakby była powietrzem. Lękała się, czy złym trafem nie stała się niewidzialną, ale przecież bractwu wpadała w oczy, a co więcej, inni podchodzili do niej i życzliwie zagadywali. Liza poczęstowała ją soczystym jabłkiem, a Agata radziła się w związku z planowaną prywatką. Rozmawiały o tym całą dużą przerwę, spacerując tam i z powrotem. Drań wystawał przy końcu korytarza w towarzystwie Aldony, z którą wcale nie zerwał, o czym mogła się naocznie przekonać. To było ponad jej siły.

Przemogła się i w czasie ostatniej pauzy podeszła do niego, ujmująco się uśmiechając. Akurat w pobliżu nie było tamtej brzyduli.

— Siema — rzekła ciepło. — Wygląda na to, że po wczorajszej randce pogniewałeś się na mnie. Jeśli coś schrzaniłam, to przepraszam!

Nie pomogło. Spojrzał na nią z gniewem, jak na intruza.

— Po co się ze mną umawiałaś — wyrzucił z siebie — skoro chcesz grać rolę zakonnicy? Wydaje ci się, że trafiłaś na idiotę, którym będziesz manipulować? — szydził. — Nie daję się nabierać na takie chwyty — wściekle dorzucił, sznurując usta.

Zamurowało ją na amen. Idylla nie mogła trwać wiecznie. Poczuła, że nogi jej zmiękły, a ktoś zły i do szczętu zepsuty rzucił między nich niby w baśni zaczarowaną wstążkę, która natychmiast zamieniła się w szeroką rwącą rzekę.

— Nie grałam żadnej roli... — próbowała oponować, ale bez wcześniejszej wiary w siebie. — Naprawdę cię... — wyrzekła impulsywnie, wszakże nie dokończyła. Czarowne słowo „kocham” nie chciało jej przejść przez usta, bo zupełnie nie pasowało do zwariowanej sytuacji, w jakiej się znalazła.

— Naprawdę, co? — złowrogo zapytał, powoli podwijając rękawy u koszuli. Na jego lewym przedramieniu znaczyły się ślady jej paznokci. — Odpowiem ci szczerze. Chciałaś utrzeć nosa Aldonie. I tyle...

Odwróciła się na pięcie i szybko odeszła, nie chcąc łzami w oczach karmić jego żarłocznego ego. Nie miała ochoty, żeby kręcący się w pobliżu byli świadkami jej totalnej klęski. Wzięliby ją na języki. Była zdruzgotana. Nie rozdeptywało się obcasem kolorowego motyla. Pod byle pretekstem zwolniła się z ostatniej lekcji i załamana powlokła się do domu, a wieczorem wypłakała się w puchową poduszkę. Nie przypuszczała, że wybierający się na pierwszą randkę chłopak może być aż tak nachalny. Nie dość, że posunął się za daleko, to jeszcze najbezczelniej w świecie się obraził. „Jesteś chamem, kanalią, szują i głupim jak but podłym prymitywem!” — szlochała, obrzucając go w myślach karczemnymi wyzwiskami. A gdy już wylała morze łez i poddała go z zamkniętymi oczami najokrutniejszym i najbardziej wyrafinowanym torturom, należnym zadufanemu ogierowi, mylnie sądzącemu, że wszystkie laski będą mu uległe, zaczęła się chłodno zastanawiać nad tym, gdzie popełniła błąd. Musiała zmienić swój scenariusz lub przynajmniej go poprawić. Tylko jak? Gdzie był pies pogrzebany?

Umyła zapłakane policzki i otworzyła drzwi na balkon. Owiało ją przyjemnym wieczornym chłodem. Księżyc znowu świecił, zaś słowik, który zadomowił się na dobre w ogrodzie, nie przestawał popisywać się miłosnymi trelami — jakby brał udział w ptasim konkursie na najlepszego i najbardziej zalotnego tenora. Chłonęła dźwięki nocy, nosząc się z absurdalną nadzieją, że podły drań pojawi się przed bramą i odszczeka wszystko, co powiedział, a potem kornie poczłapała do pokoju taty.



O

jca znalazła w salonie. Wyciągnięty na wersalce, z zainteresowaniem przeglądał gazetę sportową. Miał przy sobie tabele rozgrywek piłkarskich. W telewizji akurat leciały reklamy. Przykryty serwetą błyszczący stół zdobiły tulipany we flakonie. Odsunęła nocną lampkę, aby światło nie raziło jej oczu i przysiadła przy nim na wyściełanym krześle, biorąc sobie ozdobną poduszeczkę na kolana.

Westchnął, składając zadrukowane stronice i zdjął okulary.

— Masz jakieś kłopoty? O czym chcesz pogadać? — zapytał, obrzucając córeczkę życzliwym spojrzeniem, a na jego czole zarysowały się dwie bruzdy. Bardzo kochał swoją jedynaczkę.

— O takim palancie, z którym próbowałam chodzić — odrzekła z powagą, nerwowo trąc palcami zadarty nosek i z lekka się płoniąc. — Wolałabym z tobą, bo lepiej od mamy znasz się na męskiej psychice. A Sebastian... to prawdziwy facio!

Z zadumą się uśmiechnął, uciekając gdzieś myślami. Pewnie to naiwne wyznanie z czymś odległym mu się skojarzyło. Może przypomniała mu się durna i chmurna młodość?

— Niech zgadnę — zaryzykował. — Pewnie się do ciebie dobierał, ale mu nie wyszło i w rezultacie się obraził.

Z wrażenia omal się nie podniosła i przez ułamek sekundy wydawało się jej, że rozmawia z jasnowidzem. A przecież jej papcio ukończył tylko psychologię.

— Dokładnie... — potwierdziła, choć przyszło jej to z pewnym trudem.

Z niejakim namysłem pokiwał głową. Od dawna znaczyła się na niej siwizna.

— Nie widzę w tym niczego dziwnego — wyjaśnił z niezmąconym spokojem. — Chłopacy lubią sprawdzać, jak dalece mogą się posunąć. I to nie tylko w stosunku do dziewcząt. Są zdobywcami i pogromcami. Mają to w sobie i nie mogą być inni.

Uniosła się z wersalki i wyjęła pierwszą lepszą książkę z biblioteczki. Natrafiła na „Małego księcia” Antoine’a de Saint-Exupery’ego. Dawniej lubiła to czytać.

— A więc o to chodzi... — wydukała, przeciągając zgłoski. — I pewnie nie mogą znieść przegranej — z satysfakcją podsumowała Sebastiana, a wraz z nim cały okropny samczy świat. — Klęska wyprowadza ich z równowagi. — Oczyma wyobraźni ujrzała walecznych Wikingów. Chłopak sądził, że rzuci ją na kolana, a rąbnął głową o mur. Już miała odchodzić i odstawiła książkę na półkę, lecz jeszcze bezradnie zapytała: — No, dobrze, ale jak to rozegrać? — zatrzepotała długimi rzęsami. — Zmierzyć się z nim na miecze?

Tatko rozłożył z powrotem gazetę i poprawił nocną lampę. Był zapalonym kibicem i rozgrywki piłkarskie zawsze go ekscytowały.

— Spróbuj się z nim zaprzyjaźnić — rzucił i szeroko ziewnął, zasłaniając dłonią usta. Potem zerknął na zegar, stojący na telewizorze. Było już pół do jedenastej. Z ulgą się przeciągnął. — Nie traktuj go jak ładnego przedmiotu, który pragniesz posiąść, bo ci się nie powiedzie. Po kobiecemu go uszanuj, pokaż, że go cenisz, ale jednocześnie zachowaj pewien dystans, aby z kolei on nie zredukował cię do poziomu rzeczy. Nie możesz stać się niewolnicą. Daj mu odczuć, że go lubisz, a nawet że się nim zachwycasz — podsumował. I raptem dodał: — Czasami trzeba umieć połechtać męską dumę, to się przydaje!

Wróciła do swego pokoju, zaglądając po drodze do łazienki, aby w ogromnym lustrze jeszcze raz obejrzeć nieco pobladłą twarz. Przytuliła do siebie pluszowego misiaczka, z którym nie rozstawała się od lat. Później znowu wyszła na balkon. Blady księżyc nadal świecił, a słowik wprost upajał się możliwościami swego gardziołka. Wciągnęła z rozkoszą do płuc chłodne powietrze, przesycone słodkim zapachem kwiatów. Pomyślała o Sebastianie.

— Chyba nici z mojego scenariusza — rzekła do siebie w zadumie. — Też mi recepta na sukces — prychnęła — narzucać innym własne plany! — A potem z błyskiem w oczach dodała: — Może powinniśmy napisać zupełnie nowy, ale wspólnie, we dwoje?

Ten pomysł jej się spodobał, z uznaniem klasnęła w dłonie i doszła do wniosku, że powinna położyć się już spać.



N

astępnego ranka zbudziło ją złote słońce, zaglądające do jej sypialni przez nie do końca zasunięte kotary. Jak zwykle poszła przed ósmą do szkoły. Natknęła się na Sebastiana na półpięterku, jeszcze nim odezwał się dzwonek na pierwszą lekcję. Ze świeżo umytymi włosami wyglądała pociągająco i jaśniała jak boska Afrodyta zrodzona z piany morskiej. Promiennie uśmiechnęła się do chłopaka, najpiękniej jak umiała, a potem niczym górska kozica lekko wspięła się po schodach, nie łapiąc się poręczy.

— Hej, hej.. — krzyknął za nią. — Wracaj. Co jest?..

Zawróciła, choć przez chwilę się wahała. Zeszła powoli do niego, nadal tajemniczo się uśmiechając.

— Co to? Nagle zamieniłaś się w łagodną owieczkę? — trochę zgryźliwie zapytał. — A gdzie twój dystans? I wystudiowana poza modelki?..

Nie odpowiedziała. Stanęła na palcach i delikatnie musnęła ustami jego policzek. Zgrabnie się odwróciła i jak baletnica pobiegła na górę.

— Spóźnię się na geografię — rzuciła na rozstanie.



1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

Wydanie drukowane

Edward Guziakiewicz, RANDKA i inne opowiadania

Edward Guziakiewicz
Wakacje w Izraelu

Akcja powieści toczy się w rozświetlonym słońcem Izraelu, niewielkim ale znanym kraju, położonym na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Z racji oryginalnego usytuowania geograficznego i burzliwej historii mieszają się w nim jak w tyglu różne narodowości, rasy, religie i kultury, a przeszłość rzuca zaskakujące wyzwania współczesności. Dla chrześcijan to przede wszystkim Ziemia święta, dla wielu innych — znakomity cel wypraw turystycznych i pociągające nadmorskie ośrodki wypoczynkowe.

więcej »



Edward Guziakiewicz
Szukanie Boga

Jest to dramat o tematyce religijnej, w którym brzmią echa opowieści o Abrahamie (Księga Rodzaju, rozdz. 18), przywoływanej w przepięknej pieśni liturgicznej we wspólnotach neokatechumenalnych. Bohaterami tego utworu są współczesne nastolatki. Dramat ukazał się drukiem w 1998 roku. W Internecie jest od kilku lat prezentowana nowa wersja tego utworu, oparta na slangu młodzieżowym.

więcej »