Edward Guziakiewicz
W górach


W

ysoko na niebie znaczyły się pierzaste cirrusy. Rozleniwiony Paweł leżał wyciągnięty na trawie. Obok spoczywał oparty o cienki pień brzózki solidny czerwony plecak ze stelażem z rurek. Chłopak puścił wodze fantazji. Od zachodu nieustępliwie nadciągały kłębiaste cumulusy, a ten, który nierozważnie przykuł jego uwagę, skojarzył mu się z oblanym białym lukrem tortem urodzinowym. Nie tak dziwne pokusy na tej wysokości nad poziomem morza! Znużony marszem przełknął ślinę, odkrywając, że nabrał nieprzepartej ochoty na coś słodkiego. Chodziło mu po głowie ciastko biszkoptowe z kremem waniliowym i wisienką na wierzchu. Pychota! Na porosłej lasem Dzwonkówce nie oferowano jednak żadnych smakołyków. Na dzikim i pustym szczycie nikogo i niczego nie było. Od czasu do czasu ciągnęli tędy w małych grupach turyści, zwykle się nie zatrzymując.

Przeleciał sennymi myślami witrynę cukierni, do której niekiedy zaglądał w Lublinie. Szarlotki, serniki, makowce, pączki, bajaderki, gofry ze śmietaną, lody bakaliowe... Palce lizać! Prowiant z jego plecaka odpowiadał mniej wybrednemu podniebieniu. Chował tam już otwartą konserwę wołową, kawałek podsuszonego żółtego sera i dwa spore ogórki. No i napoczęty chleb, który wydębił od góralki na Obidzy. Warował przed jej skromną chałupą okrąglutką godzinę, co rusz zaglądając do kuchni, a potem nie odstępując rozgrzanego pieca, dopóki nie wyciągnęła pachnących rumianych bochnów. Później musiał czekać jeszcze drugą, choć jego żołądek wygrywał straszliwe trele. Skręcało go z głodu. Dopiero gdy nieco przestygły i przestały parzyć, mógł za wypiek zapłacić, wybrać sobie jeden i włożyć go do plecaka. W zalesione góry wyruszył z Piwnicznej, bez żalu żegnając ludzkie sadyby, lecz o pieczywie zupełnie zapomniał. Nie kupił i tyle. Był więc zmuszony jakoś sobie radzić.

Z Obidzy pomaszerował szlakiem granicznym w stronę Wysokich Skałek, lecz przed samym szczytem zboczył w prawo, schodząc do Jaworek. Zmitrężył dwie kolejne godziny w Wąwozie Homole, przeuroczym zakątku, który zawsze kojarzył mu się z białymi kanionami z amerykańskich westernów. Było tam cicho, nastrojowo i pięknie. Następnie dostał się rozklekotanym pekaesem do Szczawnicy. Z tamtą trasą uporał się poprzedniego dnia, teraz zaś cierpliwie zmierzał na Przehybę. Wspinał się z Krościenka, trzymając się czerwonych znaków. Podejście na szczyt Dzwonkówki było strome, więc postanowił nieco odpocząć. Wyciągnął się na trawsku i zadumał nad swym podłym losem. Wcześniej zdjął solidne górskie buty i ściągnął grube skarpety z owczej wełny, wystawiając na dzienne światło bose stopy.

Zadumał się nad wakacyjnymi planami, które nie chciały mu się ziszczać.

— Przeznaczenia nie można zmienić, bowiem jest ono czymś na kształt tragicznej konieczności — odkrywczo wymamrotał do swoich sennych myśli.

Przekonał się o tym już w Piwnicznej. Po górach miał się rozkosznie szlajać z Basią, ale coś jej z pewnością wypadło, bo najzwyczajniej w świecie nie pojawiła się w umówionym miejscu. Nie przyjechała, chociaż dała słowo, że nie wystawi go do wiatru. Wyczekiwał jej niecierpliwie w Kosarzyskach przy ostatnim przystanku podmiejskiego autobusu, jadącego z Nowego Sącza przez Stary Sącz, Barcice i Rytro.

Przyglądał się sprzączkom przy plecaku. Z bocznej kieszonki wystawała podniszczona już mapa. Prawie z niej nie korzystał, bowiem wszystkie trasy turystyczne Beskidu Sądeckiego znał na pamięć. Czuł się pewnie i w Paśmie Jaworzyny, i w Paśmie Radziejowej. Wypadało ją jednak mieć przy sobie, bowiem stanowiła nieodłączną część górskiego ekwipunku. Potem zerknął na swoje buty. Dobre, wierne taterniki, które służyły mu już szósty sezon, stały przy niewielkim świerku, w sam raz nadającym się na świąteczną choinkę. Ale do gwiazdki, sypiącego śniegu za oknem, zapalonych świeczek i nastrojowych kolęd było jeszcze daleko. Westchnął głęboko, unosząc się na łokciu. Prawie parzące lipcowe słońce, przed którym chronił go duży słomiany kapelusz, nie pozwalało skupić się na zimowych atrakcjach. Zaśnieżone góry przyciągały swym niepowtarzalnym urokiem, ale mimo wszystko wolał gorące lato. Basię również poznał w lecie.



W

łaściwie trwała jeszcze wiosna, ale dojrzała zieleń przypominała już o nadchodzących wakacjach. Te zbliżały się szybko, nadbiegały z zadyszką, w tempie iście sprinterskim, a studentów dzieliła od nich tylko sesja egzaminacyjna. Dziewczyna miała na sobie kolorową letnią sukienkę z krótkimi rękawami, stała przed tablicą, na której wieszano ogłoszenia i przyciskała do piersi skrypt w granatowych okładkach. Taką ją zapamiętał. Potem zaczęli się spotykać — i wkrótce Paweł nie miał już wątpliwości, że się w niej na amen zakochał. Była powściągliwa i chłodna. A może starannie skrywała uczucia, nie będąc pewną trwałości związku? Po ostatnim zdanym dobrze egzaminie, miał wtedy dużo szczęścia, gdyż trafił na znakomity humor profesora, szybko wyjechał do rodzinnego miasta, bowiem został zaproszony na chrzciny. Wcześniej umówili się, że spędzą razem kilka dni w Paśmie Radziejowej.

Została mu jeszcze nie otwarta butelka pepsi-coli. Uprzytomnił sobie, że leży na dnie kominowego plecaka, ale nie chciało mu się jej szukać. Do tej pory na pewno była ciepła i mdła. Smakowała prosto z lodówki. Pepsi-colę kupił w Krościenku nad Dunajcem. Nocował tam u znajomych gospodarzy. Podniósł się i zaczął grzebać w bagażu, wyrzucając na trawę leżące na wierzchu ciuchy. Natrafił na Biblię i chwilę ważył ją w dłoni. Starym zwyczajem targał ze sobą Nowy Testament w czarnych plastikowych okładkach. Jego stronice były mocno pokreślone. Zaznaczał w nim bowiem miejsca uderzające i godne zapamiętania, a do wybranych fragmentów często powracał. Otworzył świętą księgę na chybił trafił i jął przewracać kartki. Zatrzymał się przy jednym z listów świętego Jana i przegonił dłonią natrętną pszczołę, która myliła metkę przy dżinsach z kwiatami na łące. Zapomniał o pepsi-coli.

Przeczytał szeptem kilka wierszy.

— Kto zaś swojego brata nienawidzi, żyje w ciemności, i nie wie, dokąd dąży, ponieważ ciemności dotknęły ślepotą jego oczy!..

Oparł się na łokciu i zamknął księgę. Zasłonił twarz słomianym kapeluszem i oddał się nieuważnym medytacjom. Może za wiele spodziewał się po tej przeuroczej dziewczynie i dlatego doznał zawodu? Może nie była mu pisana? A Bóg wyznaczył mu inną drogę przez życie, zaś on nie potrafił się z tym pogodzić? Zerwanym patykiem bawił się z mrówką, która nie chciała zboczyć z raz wybranej trasy, uporczywie dążąc w swoją stronę.

— Kto nienawidzi!.. — powtórzył.

Chodziło mu po głowie metaforyczne znaczenie tego czasownika. Mistrz z Nazaretu głosił, że trzeba mieć w nienawiści najbliższych, to jest nie przenosić ich nad Boga i Jego wolę.

Mrówka wreszcie zawróciła, nie radząc sobie z wyrastającą przed nią co rusz przeszkodą, a on odrzucił zbędny już patyk. Wyciągnął się jak długi, zakładając ręce pod głowę. Podłożył sobie puchową kurtkę z madery, która znakomicie się sprawdzała w roli poduszki. Zabierał ją zawsze w góry, bez względu na porę roku.

— No i jak, młody człowieku? — spytał samego siebie. — Co dalej? Masz jakiś pomysł na życie?

Miał wrażenie, że utknął na rozdrożu. Studiował dwa lata, dobrze mu szło, a z egzaminami nie miał większych kłopotów. Jednak ciągle mu się wydawało, że prze pod prąd, nie tam się zwracając dokąd powinien. Przed maturą w jego rodzinie przebąkiwano, że trafi do seminarium duchownego. Liczono się z tym, że zostanie księdzem i dziwiono się, że wybrał socjologię. Odczuwał więc coś na kształt niepokojącego wyobcowania. Rzeczą ludzką było błądzić i zastanawiał się, czy ze studiami przypadkiem się nie pomylił. Może sprzeniewierzył się powołaniu? Odsuwał od siebie te myśli z niejaką irytacją, rzucając się w wir życia na uczelni, lecz one co rusz wracały. Gdzieś tam na dnie duszy drzemało ukryte poczucie winy.

Znowu się podniósł i ujął w dłonie Nowy Testament, szukając definitywnej odpowiedzi. Pomodlił się do Ducha Świętego i otworzył księgę z zamkniętymi oczyma. Tym razem natrafił na tekst z Ewangelii według świętego Jana. Był to fragment modlitwy arcykapłańskiej Chrystusa.

— Nie tylko za nimi proszę — czytał półgłosem — ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał!..

Stanął przed strzelającym w niebo świerkiem, wyciągnął przed siebie dłonie i odmówił Modlitwę Pańską. Potem poskładał rzeczy do plecaka i ruszył w dalszą drogę. Czuł, że nie znalazł poszukiwanej odpowiedzi.



P

Po trzech godzinach wytrwałego marszu dotarł do schroniska. Schodził w dół, ze wzruszeniem witając malowniczo położony budynek, w którym zawsze chętnie nocował. Uderzyła go nagle smukła dziewczęca postać, wystawiająca na murku przed wejściem twarz do słońca i zabiło mu mocniej serce. Szedł dalej, nie wierząc własnym oczom. Kiedy dziewczyna uniosła się i pomachała do niego ręką na powitanie, nie miał już ani cienia wątpliwości. To nie mógł być nikt inny, tylko Basia. Pojął, że dotrzymała słowa, tyle że przewrotnie udała się w góry inną trasą.

Wydawało się, że zerwie się natychmiast jak ptak, rozłoży szeroko skrzydła i do niej pofrunie, przytrzymał go jednak przy ziemi bezlitosny plecak, nie pozwalający zapomnieć o sile grawitacji. Ogarnęło go niewymowne szczęście i przyspieszył kroku. Zrozumiał, że znalazł upragnioną odpowiedź, a ten dzień nieoczekiwanie stał się dla niego prawdziwym darem losu.



1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

Wydanie drukowane

Edward Guziakiewicz, RANDKA i inne opowiadania

Edward Guziakiewicz
Wakacje w Izraelu

Akcja powieści toczy się w rozświetlonym słońcem Izraelu, niewielkim ale znanym kraju, położonym na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Z racji oryginalnego usytuowania geograficznego i burzliwej historii mieszają się w nim jak w tyglu różne narodowości, rasy, religie i kultury, a przeszłość rzuca zaskakujące wyzwania współczesności. Dla chrześcijan to przede wszystkim Ziemia święta, dla wielu innych — znakomity cel wypraw turystycznych i pociągające nadmorskie ośrodki wypoczynkowe.

więcej »



Edward Guziakiewicz
Szukanie Boga

Jest to dramat o tematyce religijnej, w którym brzmią echa opowieści o Abrahamie (Księga Rodzaju, rozdz. 18), przywoływanej w przepięknej pieśni liturgicznej we wspólnotach neokatechumenalnych. Bohaterami tego utworu są współczesne nastolatki. Dramat ukazał się drukiem w 1998 roku. W Internecie jest od kilku lat prezentowana nowa wersja tego utworu, oparta na slangu młodzieżowym.

więcej »