Edward Guziakiewicz
Kulig


Z

apowiadała się wystrzałowa weekendowa zabawa. Kto nie miałby ochoty na kulig i szalone figle na śniegu? Bez wahania podpisali się pod pomysłem rzuconym na lekcji wychowawczej. Był przebojowy i przerywał poświąteczną nudę. Styczniowa aura zaczęła wreszcie sprzyjać. Po kilkudniowych roztopach kapryśna zima wróciła, pokazując surowe oblicze. Przestało chlupotać pod nogami. Obficie sypnęło, zaś słupek rtęci utknął poniżej zera. W planie mieli sannę, kolację, wieczorek taneczny i nocleg w leśniczówce, a w niedzielę śniadanie, po którym mieli wrócić do miasta. Wyprawa taka, że palce lizać!

W sobotę z entuzjazmem zebrali się przed szkołą. Z hałasem podpięli do zaprzężonej bryki, walcząc o dogodne miejsca. Ruszyli jak na skrzydłach, wiwatując i migiem wyrwali się z miasteczka. Otaczała ich biel. Świeży puch pokrył pola i drogi, dachy domów i obejść, ogrody i sady. Drobne kryształki lodu skrzyły się w złotym słońcu na gałęziach drzew. Gdzieniegdzie wyzierały spod śniegu zamarznięte bruzdy, odsłonięte przez nagłe porywy nocnego wichru. Po dwu niedługich postojach znaleźli się w gęstym lesie, w którym królowały sosny, świerki, buki i jodły.

Droga do leśniczówki była przetarta, ale nie zdążono posypać jej piaskiem. Bryka więc lekko sunęła, a posiwiały woźnica dziarsko pokrzykiwał na parskające klacze, posłusznie prące do przodu. Nie wypuszczał lejc z rąk. Dźwięczały dzwonki. Od czasu do czasu spozierał za siebie na sznur sanek, wijących się jak wąż jego śladem.

Kasia ciekawie wyglądała zza pleców Marka. Spod futrzanej czapki było widać tylko jej ciemne błyszczące oczy. Podniosła kołnierz półkożuszka. W zaróżowione policzki szczypał ją mróz, ale przejęta jazdą tego nie czuła. Chłopak zabrał ją na swoje sanki o szeroko rozstawionych płozach. Nie groziły im przewrotki. Wełniane rękawiczki przemokły dziewczynie, bowiem postoje dla rozprostowania kości prowokowały do dzikich harców. Solidne zimowe trzewiki wytrzymywały. Obrzucali się gałkami ze śniegu, gonili za sobą, ginąc w zaspach i nieomal tańczyli, znacząc za sobą głębokie ślady. Ulepili pokaźnego bałwana, nie mogąc potem z nim się rozstać i żegnając go z żalem. Osamotniony biedaczyna sterczał z boku drogi z nosem z długiej szyszki opuszczonym na kwintę. Nie miał nóg, więc nie mógł za nimi potruchtać, żeby zdążyć na kolację, choć żartem wołali, by się przyłączył.

Marek nie był tak uradowany jak Kasia. Skrycie liczył, że zabierze się z Dianą, ale ten diabeł w spódnicy zrezygnował z jego towarzystwa. Cwaniaczka wybrała duże sanie i poczesne miejsce obok woźnicy, zakopując się w wilczych skórach. Miała stamtąd lepszy widok na drogę i mijaną okolicę. Zawsze umiała się urządzić. Chwilami podnosiła się, obracała do tyłu i radośnie pokrzykiwała do kolegów, wymachując jak flagą zdjętym szalikiem.

Słońce było już nisko, gdy dojeżdżali do leśniczówki, a czerwieniejąca kula prawie dotykała szczytów sosen. Bordowe cinquecento wychowawcy stało przed wejściem. Furgonetka z ich bagażami była schowana za węgłem, dwa kroki od drzwi kuchennych. Okazały drewniany dom z niedawno dobudowanym piętrem okalały strzeliste modrzewie. Budynek wyglądał imponująco. Próbowali jak psiarnia wedrzeć się z piskiem do przepastnej sieni, ale nauczyciel fizyki niby Rejtan stanął im na drodze, zasłaniając wejście swoim potężnym ciałem. Musieli najpierw zrzucić zaśnieżone obuwie. Wyfroterowane podłogi lśniły jak nowe, a w ogromnej sali na parterze czekał na nich posiłek. Stały dzbanki z gorącą herbatą, leżały talerze i tace z chlebem. W powietrzu unosiła się smakowita woń bigosu. Z kasetonowej powały lustrowały ich czerepy dzikich zwierząt, niedźwiedzi, dzików i wilków. Na piętrze były pokoje sypialne.

Marek zręcznie lawirował, licząc na to, że nadrobi zaległości. Czekał na sprzyjającą okazję. Marzył o tym, żeby klapnąć koło Diany i wreszcie mu się udało. Minę miał uradowaną, bo czuł, że złapał wiatr w żagle. Kątem oka widział, że Kasia błagalnie zezuje w jego stronę, a obok niej pozostało wolne miejsce jakby specjalnie dla niego, ale tym się nie przejmował. Z zapałem zajął się prześliczną sąsiadką, próbując wciągnąć ją w rozmowę. Raz i drugi trącił ją łokciem. Ta jednak dziwnie się nie kleiła, zaś złośnica wydawała się go nie dostrzegać. Rozpraszał jej uwagę. Nerwowo rozglądała się na wszystkie strony, słuchała dowcipów, padających z drugiego końca dębowego stołu, a jej koński ogon fruwał to w prawo, to w lewo. Wreszcie obrzuciła nagabującego ją chłopaka niechętnym spojrzeniem. W jej zielonych oczach zamigotały złe błyski. Zirytował boginię łowów, lasów, gór i księżyca.

— Zamknij się, wnerwiasz mnie — syknęła ze zniecierpliwieniem, strofując go jak brzdąca. — Musisz truć mi za uchem? Nie widzisz, że mnie to nie bawi?

Siedząca obok Jolka natychmiast ironicznie zachichotała. Przesadzała z makijażem i już sam widok tej pustej dziewczyny go wkurzał.

— Ja? Przeszkadzam ci? Chyba żartujesz? — zaoponował ze zdziwioną miną. Poczuł się dotknięty. Nie cierpiał, jak ktoś wieszał na nim psy.

— Ciii… Jasne, że przeszkadzasz — prychnęła. — Nie kumasz? Słucham, co gadają inni!

— Usiadłem koło ciebie, żeby…

— Kpisz sobie? Mam robić, co ty chcesz? — przerwała mu ze złością, idąc z nim na noże.

— A co? Ja nie jestem „inni”?

— Spadaj na drzewo, palancie! — syknęła jak żmija, z precyzją florecisty zadając mu cios.

Stracił rezon. Bigos nagle przestał mu smakować. Jolka nadal chichotała. Uwielbiała takie starcia słowne.

— Ta zniewaga krwi wymaga… — bezczelnie zarechotała. Zaraz jednak o nim zapomniała, obracając się w stronę dziewcząt.

Spuścił głowę, niemrawo grzebiąc widelcem w talerzu. „No, nie, przeholowała!” — obrażony zabulgotał do swoich myśli. Nie było wolno deptać jego uczuć. A tym bardziej w obecności osób trzecich.

Diana była ozdobą klasy, a chłopacy zabiegali o jej względy, ciągnąc za nią niby w dworskim orszaku. Jej modne ciuchy wywoływały cichą zazdrość koleżanek. Ostatnio faworyzowała Marka, wyróżniając go z grona adoratorów i dając mu do zrozumienia, że tylko on naprawdę się liczy. Wysunął się prawie na czoło pędzącego peletonu, nie spodziewając się tego, że tuż przed metą nagle dojdzie do katastrofy. Totalna beznadzieja. Nie pojmował, co ją ugryzło. Nie zasługiwał na to, by traktować go jak zeszłoroczny śnieg.

Zarykiwała się do łez po ostatnim popisie słownym Bartka, ale Markowi nie było do śmiechu. Wreszcie porwała talerz i przeniosła się do tamtego towarzystwa. W rudzielcu obudziła się dusza kawalarza i sypał dowcipami jak z rękawa.

— Ty podła żmijo! — prychnął pod nosem, gdy już wstał od stołu. — Jeszcze ci pokażę. Będziesz błagać o zeszyt z matmy! Albo z polaka!

Przeżuwał w myślach obrazę. Czuł, że jej długo nie wybaczy. Był jedynakiem i nie znosił, gdy ktoś go lekceważył, poniżał i odtrącał.



P

o kolacji Diana wyfrunęła na dwór i z wdziękiem goniła się z chłopakami. Pajacowała z Bartkiem i Grześkiem, wyczyniającymi harce pod jej dyktando. Szaleli, obrzucając się śnieżkami. Puszczony kantem i odepchnięty, zerkał za nią przez zamglone szybki w jadalni, nie mając ochoty na błazeńskie popisy. Wodził po szkle palcem, malując esy-floresy i ponuro dumając nad krwawą zemstą. Diana jego dziewczyną? Marzenie ściętej głowy! Rozczarowała go, a jego plany poszły w rozsypkę. Buty mu zresztą trochę przemokły i postawił je w dużej kuchni koło piekarnika, aby obeschły. Nie zadbał o to, żeby zabrać drugą parę na zmianę. Stracił też nadzieję na to, że przewidziana na wieczór potańcówka poprawi mu humor. Niebo stawało się powoli granatowe, a długie fioletowe cienie kładły się wokół leśniczówki.

Przygnębiony nie zauważył, że ktoś za nim stoi. Drgnął, słysząc ciche kasłanie.

— To ty, Kasiu? — ciekawie obejrzał się za siebie. — W tym hałasie nikogo nie słychać.

Przyjęła milcząco jego usprawiedliwienie. W międzyczasie zdążyła się przebrać i przyżeglowała do niego w króciutkiej spódniczce i seksownym obcisłym sweterku w kolorowe pasy. Nie ta dziewczyna! W budzie nie pokazywała się w wystrzałowych ciuchach. Siedział w trzeciej ławce, Diana w pierwszej, a Kasia gdzieś z tyłu, więc rzadko miał ją przed oczyma.

— Wiesz, co, Marku? — rzekła po chwili. — W naszym pokoiku na piętrze, w tym ostatnim po lewej w głębi korytarza, odbędzie się spotkanie modlitewne. Planujemy ewangeliczną rewizję życia. A może krąg biblijny. Nie miałbyś ochoty się przytelepać?

— Ja?! Czemu ja? — niewymownie się zdziwił. Nigdy nie wyjeżdżał na oazy wakacyjne, choć o nich słyszał. Nie pociągały go też działające w parafii grupy apostolskie ani służba liturgiczna. To nie było dla niego.

— Przytocz się, nie bądź frajerem — ciepło dodała. — Zobaczysz, nie pożałujesz. U nas jest całkiem fajnie. — Należała do świata, w którym ludzie nie lubili sobie deptać po odciskach. Zerknęła przez okno na dziedziniec, gdzie rozhasana Diana nadal wodziła rej. — Póki co, na nic ciekawego tu się nie zanosi.

Chcąc nie chcąc, musiał się z nią zgodzić.

— Dobrze — odpowiedział, choć z trudem mu to przeszło przez gardło. Odwrócił się od okna, powściągając wygórowane ambicje. Nie lubił piąć się po trupach do celu.



G

dy schodził po spotkaniu modlitewnym na dyskotekę, brzmiały mu jeszcze w uszach słowa z Listu św. Pawła do Koryntian: „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie!” Ogarnął go błogi spokój i zapomniał o tamtej egoistce oraz jej nieobliczalnych numerach. Tańczył z innymi dziewczętami, ciesząc się, że w ten sposób wielbi Stwórcę. Leśna bogini upomniała się jednak o swoją zdobycz. Podprowadziła Grzesia, z którym akurat kręciła się po parkiecie i staromodnym zwyczajem zarządziła odbijanego. Zręcznie wsunęła się w ramiona Marka.

— Ale z ciebie drań. Dlaczego za mną nie wybiegłeś? — surowo go skarciła.

— Gdzie? Kiedy? Po co? — zrobił wielkie oczy, udając, że nie wie, o co jej chodzi.

— No, po kolacji przed leśniczówkę — kłapnęła.

— Tak?! — wykrzywił usta w podkówkę. — Miałem skakać koło ciebie jak idiota? — wycedził wykrętnie, z lekceważeniem odwracając głowę.

— Co? — nie dosłyszała, bo podpłynęli w stronę trzęsącej się od dźwięków kolumny.

— Przemokły mi buty! — huknął jej przy uchu.

Gdy muzyka umilkła, chciał odturlać się pod ścianę, ale go nie puściła. Wyniośle przytrzymała go za rękę, ściskając mu palce.

— Jeszcze ten kawałek — oznajmiła jak królowa, dziwiąc się, że nie ma ochoty na więcej.

Puszczono senną kołysankę i uwiesiła mu się na szyi, wyzywająco przywierając do niego rozgrzanym ciałem. Poczuł na sobie jej drobne piersi. Czy chciał, czy nie, musiał niby to tkliwie objąć ją i przytulić. Nie poddał się jednak nastrojowi i kręcił się z nią ozięble jak z manekinem. Potrafił być uparty. Potem pchnął ją w stronę warującego w pobliżu Grześka, odwracając się ze wzgardą plecami. Bez słowa odpłynął na drugi koniec sali do stołu z zakąskami i napojami. Zabawił tam około kwadransa, przypinając się do maleńkich kanapek z szynką, jajkiem i papryką. Sala taneczna mieściła się w piwnicach, ściany miała masywne, a wysoko ulokowane okienka szczelne, z podwójnymi szybami, więc swą zabawą nie zakłócali spokoju lasu. Mogli szaleć do woli. Wreszcie udał się na górę. Obejrzał fragment filmu w telewizji i poszybował do swojego pokoju. Był zmęczony i zasnął jak kamień, gdy tylko przyłożył głowę do poduszki.



P

rzyświecało słońce, trzymał lekki mróz, a powietrze było przejrzyste, więc wybrał się po śniadaniu na krótką przechadzkę. Diana nie pojawiła się w jadalni, pewnie odsypiała dyskotekę, która trwała do drugiej w nocy. Wyrosły przed nim stajnie. Przypominające nieco dorożkę postojowe sanie były ozdobnie wykonane, jednak mocno już zniszczone. Tym niemniej nadal mogły wiernie służyć. Obchodząc je omal nie zderzył się z posiwiałym woźnicą, który akurat wyprowadzał klacze. Odwrócony plecami wieśniak w watowanej kufajce nie zwrócił na niego uwagi. Konie parskały, przeczuwając, że czeka je jazda i wyciągały łby do owsa. Zagadywał się do nich ciepło i serdecznie jak do starych wypróbowanych przyjaciół.

— Kocha je pan? — Marek odważył się i zapytał, chcąc jakoś usprawiedliwić swoją obecność.

Woźnica powoli się obejrzał. Wzrok miał przenikliwy, a spojrzenie głębokie. Wydawało się, że przewiercił chłopca na wylot.

— Jakżeby inaczej... — niespiesznie odparł. — Charakterne są.

Czuć było świeżymi końskimi odchodami.

— Nadaje pan do nich jak na randce do dziewczyny... — roześmiał się, chcąc podtrzymać rozmowę. Nie bardzo wiedział, jak należy gawędzić ze starym. Urodził się przecież i wychował w mieście. Przypomniał sobie, że nauczyciel wuefu zwracał się do niego per „Panie Józefie”.

Chłop się nie obraził. Jak się okazało, Marek trafił w dziesiątkę.

— One są jak kobity — potwierdził z najwyższą powagą. — I jedna, i druga! — Wyjął pozłacaną papierośnicę, otworzył ją, wyciągnął klubowego i zapalił. Nie częstował Marka. Gówniarzom się nie dawało. — Ta z prawej, z dłuższą grzywą — wskazał na klacz, która cicho zarżała, jakby wiedząc, że o niej mowa — jest niespokojna, a bywa że narowista. Jej trzeba więcej serca. A ta z lewej — znowu wskazał — łagodna. O, tę można samą zostawić. Za wiele nie wymaga — ciągnął bez pośpiechu — ale lubi jak jest koło niej cicho...

Marek przytaknął, godząc się z wywodem. Cóż zresztą innego mógł uczynić?

— Ta pierwsza jest ładniejsza — próbował rzucić kolejną trafną uwagę. Tym razem jednak chybił.

Stary zaciągnął się, zerkając na niego spode łba. Potem obrócił się do koni.

— Więcej jest warty charakter niźli uroda — powiedział z naciskiem. — Boć uroda przemija, a charakter zostaje...

Marek pochylił się i kopnął gałązkę sośniny. Pomyślał o Dianie i o Kasi, i nie wiadomo dlaczego wypłynął mu nagle na twarz rumieniec wstydu. Obejrzał się na plac przed leśniczówką. Pierwsza właśnie wybiegła, wymachując zielonym szalikiem niby znakiem rozpoznawczym. Nigdy nie traciła energii. Bez wahania wskoczyła na sanie, zajmując miejsce woźnicy. Próbowała strzelić z bata. Ujrzała sterczącego w oddali chłopaka.

— Chodź! — krzyknęła do niego. — Jeszcze się zmieścisz.

Poczuł w sobie rosnący opór. Mimowolnie zacisnął pięści. Był przewrażliwiony na własnym punkcie i nie zamierzał tego zmieniać.

— Nie! — z jaśniepańską miną odkrzyknął, starając się, by to wypadło po męsku.

Postanowił zmyć się jej z oczu. Musiał się nauczyć słuchać głosu rozsądku. Włożył ręce do kieszeni i skręcił za zabudowania gospodarcze. Ktoś wspomniał, że z tyłu są karmy dla saren. Dotarł przez gęsty śnieg do niewielkiej polanki i zaparło mu dech z wrażenia. Ujrzał jelenia i trzy dorodne łanie.

Nadszedł czas powrotu. Kiedy ruszyli z miejsca, krusząc śnieg i wiwatując, odwrócił głowę do siedzącej za nim Kasi.

— Wiesz, co?.. — zawahał się. — Chętnie bym przyszedł jeszcze raz do was... na takie jak tu spotkanie. Z Pismem świętym — dodał, żeby nie miała wątpliwości.

Dziewczyna przytaknęła, nic nie mówiąc, a potem nagle objęła go wpół, przytulając się do jego pleców.



1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

Wydanie drukowane

Edward Guziakiewicz, RANDKA i inne opowiadania

Edward Guziakiewicz
Wakacje w Izraelu

Akcja powieści toczy się w rozświetlonym słońcem Izraelu, niewielkim ale znanym kraju, położonym na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Z racji oryginalnego usytuowania geograficznego i burzliwej historii mieszają się w nim jak w tyglu różne narodowości, rasy, religie i kultury, a przeszłość rzuca zaskakujące wyzwania współczesności. Dla chrześcijan to przede wszystkim Ziemia święta, dla wielu innych — znakomity cel wypraw turystycznych i pociągające nadmorskie ośrodki wypoczynkowe.

więcej »



Edward Guziakiewicz
Szukanie Boga

Jest to dramat o tematyce religijnej, w którym brzmią echa opowieści o Abrahamie (Księga Rodzaju, rozdz. 18), przywoływanej w przepięknej pieśni liturgicznej we wspólnotach neokatechumenalnych. Bohaterami tego utworu są współczesne nastolatki. Dramat ukazał się drukiem w 1998 roku. W Internecie jest od kilku lat prezentowana nowa wersja tego utworu, oparta na slangu młodzieżowym.

więcej »